|
Okolicznością obciążającą stronę niemiecką jest fakt, że zdarzenie miało miejsce w stolicy Bawarii, w Monachium, które - jak powszechnie wiadomo – jest kwintesencją germańskiego ducha. Utarczka słowna przerodziła się w awanturę, na pokładzie samolotu podobno doszło do rękoczynów z udziałem b. posła, a pasażerowie, zamiast się cieszyć, że są drugoplanowymi aktorami tego widowiska, coraz bardziej się niecierpliwili, bo start maszyny lecącej do Krakowa, z powodu Państwa Rokitów, oddalał się i oddalał. W końcu nastąpił finał: nasz bohater oderwany siłą od swego fotela w klasie ekonomicznej i dodatkowo, niczym groźny przestępca, skuty przez Niemców kajdankami, opuścił samolot z adresowanym do Rodaków znanym już wołaniem o pomoc. Wołanie było głosem na puszczy, bo Rodacy pozostali nieczuli i bierni. Po tym zdarzeniu pasażerowie polecieli do Krakowa, a Państwo Rokitowie zostali w rękach brutalnej niemieckiej policji. I dopiero odsiecz wyciągniętej z łóżka w środku nocy polskiej Pani Konsul przyniosła ratunek. Dwie zbłąkane i tak okrutnie przez Niemców doświadczone, a przecież z natury łagodne duszyczki, wróciły nazajutrz – już polskim samolotem – na łono ojczyzny. I rozpoczął się spektakl pt. Niemcy nas biją, bośmy Polakami” w reżyserii i wykonaniu Państwa Rokitów.
To zawołanie, wielokroć i na różne sposoby powtarzane niemal przez wszystkie polskie media zastanawia i zmusza do uwagi. Obrony b. polityka podjęli się – kierowani chyba zawodową solidarnością – politycy aktualnie czynni. Z trudem, ale można ich zrozumieć, wszak kiedyś także staną się „byłymi”. Ale czego lub kogo chcieli tu bronić?
Na pokładzie samolotu rządzi kapitan i jego załoga. To on, tak jak dowódca okrętu, jest w samolocie „pierwszym po Bogu”. Teraz, w dobie powszechnej walki z terroryzmem, latanie stało się dodatkowo uciążliwe. Niekończące się kontrole, rozbieranie „do rosołu” z butami włącznie to codzienność. Wie o tym każdy, kto w ciągu kilku ostatnich lat, a właściwie po roku 2004, korzystał z podniebnej żeglugi. Zdrowo narzekamy, gdy kontrola bezpieczeństwa zabiera nam ulubione perfumy, tylko dlatego, że ich objętość przekracza 100 ml. Albo, gdy w imię tych samych zasad zabierają naszemu dziecku butelkę wody mineralnej. Niektórzy uważają, że są to działania nie tylko dokuczliwe i paskudne, ale zupełnie nieskuteczne. Bo czyż odbierając pasażerowi nieco większa butelkę płynu rzeczywiście walczymy z terroryzmem?
Takie pytanie zadawałam kolejno ministrom spraw wewnętrznych Niemiec i Portugalii w czasie ich prezydencji. W Parlamencie Europejskim mówili o zwalczaniu terroryzmu, podkreślając, że lepiej przejść drobiazgową i uciążliwą kontrolę i bezpiecznie dolecieć do celu, niż pozwolić terroryście na wyprodukowanie materiału wybuchowego właśnie z zawartości kilku takich buteleczek wniesionych na pokład samolotu. Kilka takich prób już udaremniono, np. we Frankfurcie. Policja się tymi osiągnięciami nie chwali z prostego powodu: nie chce podważać zaufania do przewoźnika, ani wzbudzać niepotrzebnej paniki.
Zatem w imię bezpieczeństwa w powietrzu godzimy się na pewne ograniczenie przysługujących nam praw. Uciążliwość kontroli jest po prostu mniejszym złem, które musimy zaakceptować, bo innego wyboru nie mamy.
Podobnie jest z obserwacją pasażerów poczynając juz od odprawy paszportowej. Załoga zwraca uwagę, kto jest nadmiernie nerwowy lub agresywny, kto może sprawiać kłopoty w czasie lotu i zagrozić wspólnemu bezpieczeństwu! Dlatego wszystkie linie lotnicze są szczególnie wyczulone na agresywnych i sprawiających kłopoty pasażerów. Nie ma dla nich litości, ani pobłażania. Lufthansa wcale nie należy do linii najostrzej traktującej nieposłusznych pasażerów. Pan Rokita miał dużo szczęścia, że nie wypróbował na swej skórze skuteczności policji francuskiej. Wątpię, aby wówczas miał w ogóle szansę na jakiekolwiek dyskusje, czy zawołania do Rodaków.
Jest w tym sporze jeszcze jedno dno. To pytanie o dobre maniery lub chociażby zwykłą, wyniesiona z domu, kindersztubę. Przecież od dziecka jesteśmy tresowani w używaniu słów-kluczy: powiedz proszę, dziękuję, przepraszam, zapytaj - czy mogę?, uczy swą pociechę każda matka. I tego właśnie zabrakło Janowi Marii Rokicie. Zabrakło pytania, czy mogę zostawić mój i żony płaszcz w biznes klasie? Zabrakło zwrotu, czy może mi pani pomóc gdzieś umieścić nasze rzeczy? A gdy słowna przepychanka ze stewardessą zaszła już za daleko, wystarczyło powiedzieć „przepraszam, trochę się zdenerwowałem”, i sprawa byłaby zamknięta. I proszę mi wierzyć, że nie wymądrzam się tu bezpodstawnie.
Bardzo często latam właśnie Lufthansą, zarówno z Warszawy, jak i z Pyrzowic. Nigdy nie doświadczyłam, ani nie byłam świadkiem gorszących, czy agresywnych zachowań ze strony personelu. Jeśli lecę w klasie ekonomicznej, a chcę upchnąć moją walizkę w klasie biznes, bo jest bliżej wyjścia, to po prostu pytam stewardessę, czy mogę to zrobić. Nigdy nie było odpowiedzi odmownej. Ale gdy otrzymuję polecenie, aby zapiąć pasy (bo np. zapomniałam), albo wreszcie wyłączyć komórkę – to nie dyskutuję, ale czynię to natychmiast, bo takie są reguły bezpiecznego lotu. Reguły, które obowiązują wszystkich. I nie może być od nich wyjątku nawet dla Jana Marii Rokity, który pewnie zorientował się, że „dał popalić” i dla ratowania twarzy uderzył w nacjonalistyczny wątek. Zawołanie „Niemcy biją Polaków” – miało znów uruchomić złe duchy przeszłości, wyciągnąć wszystkie zadawnione krzywdy. Tylko komu to potrzebne? Wytrawny, nawet były, polityk powinien wiedzieć, że to droga donikąd. A jeśli tego nie wie i nie widzi, to znaczy, że kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością!
|