|
‹‹ poprzedni artykuł strona główna następny artykuł ›› |
| Porozmawiajmy o parytecie... |
"Gdybym był Prezydentem Rzeczypospolitej po uchwalenia takiego aktu prawnego, podpisałbym go bez zastrzeżeń i zwłoki. Nie miałbym wątpliwości co do słuszności tego kroku. Uczyniłbym to z satysfakcją wprowadzenia regulacji pożytecznej dla naszej demokracji, tym cenniejszej, że powstaje ona w wyniku obywatelskiej inicjatywy”
Andrzej Olechowski
(w związku z projektem z wprowadzenia parytetu płci na listach kandydatów).
Zacznę od obalenia beztrosko powtarzanego mitu, że „parytet jest sprzeczny z polską konstytucją”. Kiedy usłyszałam to stwierdzenie z ust Pani pełnomocnik rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn (złośliwe gazety piszą o „pełnomocniku ds. żadnych”) nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać, czy ta wypowiedź to hucpa, czy zwykła niewiedza? Chociaż nie wiadomo co gorsze. Obserwując Panią pełnomocnik „na tej funkcji” nie dziwią mnie wypowiedzi przeciwników parytetu w sferze publicznej, iż będzie „tak trudno o kompetentne kobiety”. W Platformie na pewno! Zrozumiałam też, dlaczego ich nie ma w zarządzie tej partii.
|
| |
A teraz ad rem. Art. 33 Konstytucji RP nakazuje równe traktowanie mężczyzn i kobiet, gwarantując im „równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym”. I właśnie brak zagwarantowanej równości – tak często występujący w polskiej praktyce – powoduje złamanie tej konstytucyjnej normy. Zatem wszelkie działania zmierzające do uzdrowienia sytuacji, do powrotu na grunt gwarancji konstytucyjnych, są nie tylko zgodne z ustawą zasadniczą, ale wręcz niezbędne, aby oddalić zarzut o jej naruszanie.
Podobne podejście znajdujemy w prawie europejskim. Karta Praw Podstawowych UE, która weszła w życie wraz z Traktatem Lizbońskim 1 grudnia 2009, ujmuje to w art. 23 jeszcze wyraźniej: „Należy zapewnić równość kobiet i mężczyzn we wszystkich dziedzinach, w tym w zakresie zatrudnienia, pracy i wynagrodzenia”. I dalej Karta rozwiewa mit, iż parytet prowadzi do uprzywilejowania kobiet, stwierdzając jednoznacznie: „Zasada równości nie stanowi przeszkody w utrzymywaniu lub przyjmowaniu środków zapewniających specyficzne korzyści dla osób płci niedostatecznie reprezentowanej” (art. 23). Czyżby nasi wspaniali posłowie i posłanki nie znali tego dokumentu, który właśnie w tej części Polskę obowiązuje?
Zatem skąd i o co taki hałas z tymi parytetami? Cóż tak obrazoburczego wymyśliły uczestniczki czerwcowego Kongresu Kobiet Polskich?
Przez dwa dni (21-22 czerwca 2009), niemal 5 tysięcy Polek (niezależnie od politycznych przekonań), rozmawiało o blaskach i cieniach dwudziestolecia polskiej transformacji, o osiągnięciach w gospodarce, nauce, kulturze, polityce, w mediach, w życiu codziennym. Podkreślały także, że to najczęściej kobiety ponosiły negatywne skutki przemian społeczno-gospodarczych: likwidację przedsiębiorstw, utratę pracy, musiały sobie radzić z coraz chudszym domowym portfelem. Padały mocne, ale prawdziwe słowa, że „polityka i biznes w Polsce ciągle mają twarz mężczyzny,a nieliczne kobiety sukcesu wciąż jeszcze należą do rzadkości”.
Panie zebrane na Kongresie nie domagały się żadnych szczególnych przywilejów. Żądały tylko partnerskiego, równego traktowania, wyrażonego tak: „chcemy 100% płacy mężczyzn i 50% udziału we władzy; w procesach decyzyjnych”. Stąd postulat wprowadzenia parytetów do ordynacji wyborczej, czyli zagwarantowanie kobietom 50% miejsc na listach wyborczych do Sejmu, Senatu, Parlamentu Europejskiego i samorządów. I uwaga, gwarancja dotyczy wyłącznie miejsc na listach, nie miejsc w ławach poselskich. To wyborcy, mając na liście równą liczbę mężczyzn i kobiet, ostatecznie zadecydują, kto z kandydatów zdobędzie mandat. Oczywiście więcej kobiet na listach oznacza, że znajdzie się tam mniej mężczyzn. I tu pierwszy efekt „wojny płci”, chociaż może nie aż tak groźny, bo badania wskazują (70% Polaków akceptuje parytet), że panowie są skłonni posunąć się na listach.
Parytet ma być – podobnie jak w Skandynawii - rozwiązaniem tymczasowym. Ma spowodować, że szanse kobiet w wyborach na wszystkich szczeblach poważnie wzrosną. W efekcie kobiety będą tam, gdzie zapadają decyzje dotyczące życia wszystkich Polaków. Obecność kobiet w parlamencie daje np. gwarancję uchwalenia rozsądniejszego budżetu, czyli lepszego podziału naszych pieniędzy i sensowniejszych wydatków. Pierwszy z brzegu przykład: spróbujmy teraz wytłumaczyć decydentom, zwłaszcza tym, zapatrzonym w piłkę członkom rządu, że pieniądze wydawane na budowę nowych stadionów w związku z EURO 2012 to zła lokata, że te środki nigdy się nam nie zwrócą. Wszak Portugalia właśnie rozbiera swoje „wspaniałe” inwestycje, bo tam taniej stadiony likwidować, niż je utrzymać. A przecież można było po „kosmetyce” wykorzystać stadiony już istniejące, w dodatku szczęśliwe dla polskiej reprezentacji. Naszego Chorzowskiego wymieniać nie muszę! Natomiast potężne środki mogły trafić znacznie lepiej i być przeznaczone np. na pomoc kobietom i wsparcie polskich rodzin. To za te pieniądze można było budować przedszkola, przyjazne szkoły, inwestować w edukację i nauczanie naszych dzieci, w opiekę zdrowotną, itd. W taki to sposób w innych krajach pomaga się kobietom i inwestuje w młode pokolenie, dając dzieciom – poprzez naukę i wychowanie – możliwość dobrego i równego startu w dorosłe życie. Przecież nie każdą polską rodzinę stać na prywatne przedszkole, potem szkołę podstawową, gimnazjum i liceum, czy wreszcie - płatne studia wyższe.
I dlatego, aby polskie życie publiczne było mądrzejsze, przyjaźniejsze Polakom i bardziej racjonalne,kobiet powinno być w polityce więcej. Badania pokazują, że za parytetem opowiada się aż 70% polskiego społeczeństwa. Pod obywatelskim projektem ustawy o parytetach podpisało się 147.439 obywateli. Dlatego głęboko wierzę, że polski Sejm uchwali tę ustawę, która sprawi, że Polska będzie krajem, gdzie kobiety i mężczyźni będą mieli równe prawa i obowiązki oraz równe możliwości. Wprowadzenie parytetów będzie sukcesem milionów polskich kobiet i mężczyzn, którzy popierają tę inicjatywę, wielkim sukcesem społeczeństwa obywatelskiego i polskiej demokracji.
I na zakończenie trochę prywaty. W moim życiu zawodowym nigdy nie korzystałam z żadnej taryfy ulgowej. Byłam dumna z tego, iż wszystko co osiągnęłam, zdobyłam sama. Długo uważałam, że to jedyna i właściwa droga, droga prawdy. Skoro ja dałam sobie radę, to każda kobieta też potrafi – tak myślałam. Do czasu. W roku 1994, wraz z innymi dziekanami polskich wydziałów prawa, odwiedzaliśmy niemieckie wydziały prawa w tzw. starych i nowych landach. Tak się złożyło, iż w naszej grupie na 10 wydziałów prawa, 4 były reprezentowane przez panie-dziekan. Na uniwersytecie w Tybindze (gdzie dziekanem wydziału teologii był w roku 1968 Josef Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI), podczas spotkania ze złożoną wyłącznie z mężczyzn radą wydziału, padło pytanie: ile pań-profesorów pracuje na tutejszym wydziale? Odpowiedź, zmroziła nas wszystkich; i tych „ze wschodu”, czyli polskich dziekanów, jak i towarzyszących nam niemieckich dziennikarzy. Nobliwy członek rady wydziału szczerze i bezpośrednio odpowiedział nam pytaniem: „A po co nam tutaj kobiety?” Na drugi dzień miejscowe gazety nie zostawiły na szacownej instytucji przysłowiowej suchej nitki.
Dlatego uważam, że kobietom należy się łatwiejszy - niż w moim pokoleniu - start w dorosłe życie zawodowe i publiczne. Start oparty na respektowaniu konstytucyjnej zasady równego traktowania. Wszak wszystkim nam chyba zależy, aby nasze ukochane córki i wnuczki miały normalny start w dorosłość, aby nie musiały przez całe życie udowadniać, że są równie dobre lub lepsze od mężczyzn. |
| 2010-02-18 |
Dodaj swój komentarz
|
| Komentarze |
| Brak komentarzy - Twój może być pierwszy |
|
|
|